wtorek, 17 grudnia 2013

NUIA eyeCharm – sterowanie za pomocą wzroku

Urządzenie odczytuje za pomocą niewidzialnego światła iR w jakim kierunku aktualnie patrzy się użytkownik i na bieżąco przekształca dane. Autorzy są zdania iż niemal magiczne byłoby wprowadzenie takiego rozwiązania w życie, podając za przykład przeglądanie porannych wiadomości nie odrywając dłoni od śniadania. Poza tym uprzyjemnić ma to granie czy przeglądanie witryn.


Projekt obejmuje dodatek do kinecta w formie nakładki bądź samodzielnego urządzenia. Aby móc korzystać z możliwości jakie daje NUIA, wystarczy postawić go poniżej linii ekranu.



Oprogramowanie projektowane jest w taki sposób aby można było dostosować je do dowolnych programów i cieszyć się ich obsługą. Urządzenie podłącza się do komputera za pomocą wtyku USB 2.0. Obecnie NUIA eyeCharm działa z systemem Windows 7 i 8, ale w planach jest rozszerzenie aby objąć takie oprogramowania jak Mac OS X / Android / Chrome OS / Linux itd.

Cena NUIA eyeCharm wynosi 60 dolarów dla osób posiadających kinecta oraz 99 dolarów za samo-wystarczającą wersję.

Zobaczcie filmik:


czwartek, 5 grudnia 2013

Nieregularne noszenie soczewek

Czy okres ważności soczewek wydłuża się, jeśli zakładamy je tylko sporadycznie? Oczywiście tak nie jest. Absolutnie nie można nosić soczewek dłużej niż przez okres zalecany przez lekarza. Warto też zaznaczyć, że okres ważności szkieł kontaktowych liczymy nie od dnia ich pierwszej aplikacji, a od momentu otwarcia ich opakowania. Nie ma znaczenia, czy w ciągu miesiąca założymy soczewki 30 razy, czy też może 10 – po 30 dniach i tak należy je wymienić.

Jeśli tego nie zrobimy, powinniśmy liczyć się z tym, że dość szybko odczujemy niezbyt przyjemne dolegliwości. Aby tego uniknąć, dobrze byłoby zawsze kupować następne soczewki nieco wcześniej, by móc od razu dokonać koniecznej wymiany.



Istnieją soczewki do noszenia w trybie przedłużonym nie muszą być zdejmowane na noc, nosimy je bez przerwy przez zalecany przez lekarza okres. Jest to zatem doskonałe rozwiązanie dla wszystkich osób, które nie chcą zaprzątać sobie głowy systematyczną pielęgnacją soczewek i ich pojemniczka. Możemy być pewni, że soczewki do przedłużonego noszenia są w pełni bezpieczne, produkowane są bowiem obecnie najczęściej z hydrożelu silikonowego, który przepuszcza 5 razy więcej tlenu niż tradycyjny hydrożel.
Właśnie dlatego soczewki takie można nosić bez przerwy nawet do 30 dni.

Soczewki tego typu są doskonałym rozwiązaniem dla wszystkich osób prowadzących intensywny tryb życia lub pracujących do późnych godzin. Ze względu na fakt, że nie trzeba ich codziennie na nowo zakładać, poleca się je także dzieciom.

Osoby zastanawiające się nad noszeniem soczewek kontaktowych mają dość często obawy co do tego, czy zaaplikowana soczewka będzie trzymać się na swoim miejscu. Dość często pojawiają się pytania o to, czy soczewka może przesunąć się na powierzchni oka albo czy może utknąć w jego tylnej części.

O ile szkła kontaktowe mogą się przesunąć po powierzchni oka albo wypaść (co zdarza się zresztą bardzo rzadko), to utkwienie soczewki w tylnej części oka jest niemożliwe. Przede wszystkim z tego względu, że powierzchnia oka pokryta jest cienką błoną łączącą się z wewnętrzną częścią naszych powiek. Jest zatem fizycznie niemożliwe, aby soczewka znalazła się za gałką oczną.

Czasami zdarza się, że w przypadku przesuszenia soczewki możemy mieć pewne trudności z jej zdjęciem, ale nawet wtedy soczewka znajduje się na swoim miejscu. Pojawia się jedynie uczucie, jakby się „przykleiła” do oka. W takim przypadku jednak wystarczy w zupełności użyć specjalnych kropli nawilżających, by uporać się szybko z problemem.



Źródło: http://goo.gl/oA3fM8 ; http://goo.gl/2OQZ56

wtorek, 3 grudnia 2013

Prof. Maciej Wojtkowski: pacjenci dziękowali nam za nasze odkrycie

Na łamach serwisu PAP Nauka w Polsce, prof. Witkowski wyjaśnia na czym polega metoda obrazowania siatkówki za pomocą tomografii optycznej OCT z detekcją fourierowską. Jego odkrycie znalazło zastosowanie w medycynie. Pomaga już w diagnostyce chorych w ponad stu placówkach medycznych w Polsce.




Wywiad z Profesorem Maciejem Wojtkowskim: 

PAP: Czuje się pan naukowcem czy już bardziej odkrywcą?

Maciej Wojtkowski: Obie działalności są ze sobą powiązane. Naukowiec ciągle poszukuje, zadaje pytania, na które potem szuka odpowiedzi. Ma wiedzę, ale często staje przed pytaniem: jak ją wykorzystać? Mnie samo posiadanie wiedzy nigdy nie dawało pełnej satysfakcji. Fakt - podnosi ego, ale to nie wystarcza, bo pojawiało się pytanie, co z tą wiedzą robić? Czasami żartujemy sobie z kolegami-naukowcami, że uczony z Panem Bogiem nad chmurami może sobie jedynie porozmawiać (śmiech).

PAP: No właśnie… Co z tą wiedzą robić? Pan już to wie?

M.W.: Pamiętajmy, że w nauce jest jeszcze miejsce na aspekt prometejski. Chodzi o to, żeby wykorzystać tę wiedzę w postaci praktycznej, żeby ten ogień wiedzy i nadziei ludziom zanieść.

PAP: To dość trudne zadanie. Wielu z nas uważa bowiem, że fizyka nie jest dyscypliną naukową, która może mieć wpływ na nasze codzienne życie...

M.W.: To złe skojarzenie. W wielu krajach nie ma takiego problemu postrzegania dyscypliny, którą się zajmuję. Fizyka to nauka, która uczy tworzyć modele i rozwiązywać dowolne problemy. Jeżeli ktoś się wyedukuje w fizyce, to po objęciu dowolnego stanowiska wymagającego od niego kreatywności, zdefiniowania problemu i jego rozwiązania – poradzi sobie. Prezesi dużych firm, banków - wielu fizyków tam znajdziemy.

PAP: I filozofów.

M.W.: A fizyka to nic innego jak filozofia naturalna, tylko operująca innym językiem: w filozofii używamy języka semantyki, a w fizyce – języka matematycznego. Chodzi o umiejętność klasyfikowania rzeczywistości i wyodrębniania tego, co istotne.

PAP: To, o czym pan mówi to też dowód na to, że nauka zmieniła się przez ostatnie lata.

M.W.: To prawda. Wiek XX to ogromna rewolucja nowych idei, zmian świadomości w istocie uprawiania nauki. Kiedyś to było hobby, na które stać było mecenasów, m.in. tych, którzy chcieli zrobić postęp w zbrojeniach (np. Galileusz), a potem w naukę inwestowały imperia, głównie USA i ZSRR. Lata 80., 90. i początek XXI wieku to czas, kiedy tę całą wiedzę przyszło skonsumować. Technologia dojrzała, żeby przyjąć rozwiązania, które naukowcy wypracowali. Ale, żeby do tego doszło, potrzebna jest współpraca między fizykami, inżynierami, a teraz przede wszystkim informatykami.

PAP: Praca zespołowa również w pana dziedzinie jest chyba niezbędna?

M.W.: Tak, bo dziś nie ma już uczonych, który skrobią się za uchem, siedzą, dumają i czasami coś wymyślą – ten model nauki już dawno uległ przewartościowaniu. Dziś fizyka to małe, świetnie zorganizowane, przedsiębiorstwa, a prace naukowe są regularnie wykorzystywane w praktyce. Na świecie, m.in. w Japonii i Niemczech normą jest to, że firmy to odpryski działalności naukowej. W Polsce sytuacja jest niestety ciągle inna. Są akademie, uniwersytety, a potem długo, długo nic.

PAP: Opracował pan metodę obrazowania siatkówki za pomocą tomografii optycznej OCT z detekcją fourierowską. Na czym ta metoda polega?

M.W.: Podam przykład: kiedy patrzymy na cebulę z zewnątrz, nie widzimy jej poszczególnych warstw, tej jej całej wewnętrznej, skomplikowanej struktury. Podobnie jest z okiem. Jego warstwy są bardzo cienkie i dotychczas nie było dobrego sposobu, by te poszczególne warstwy precyzyjnie rozróżnić. Gdy zaglądamy do oka przez źrenicę, widzimy tylko określone, najbliższe warstwy i nie możemy dokładnie sprawdzić, czy coś jest nie tak, czy nie rozwija się jakaś choroba. Rozwiązaniem jest wpuszczenie do oka promienia lasera, przy pomocy którego można rozróżnić te warstwy, a następnie przesuwać punktem po oku, żeby jego obraz odtworzyć później w komputerze.




PAP: Fundamenty metody, o której pan mówi były już znane i opisana w pismach medycznych. Na czym polega pana wkład w jej udoskonalenie?

M.W.: Jeszcze w czasie moich studiów w Wiedniu zajmowałem się alternatywnym sposobem rejestracji sygnału, który był pomijany przez środowisko. Podczas moich eksperymentów w Polsce doszedłem do wniosku, że oko jest dobrym obiektem do obrazowania właśnie tą metodą. Problemem było to, że jeśli sygnały odbite od jednej warstwy były bardzo silne, a od innej słabe, to trudno było je rozróżnić. Gdy wpuści się do wnętrza oka światło, to światło odbite od warstw gałki ocznej nie różni się zbytnio od siebie. Bawiąc się tym układem pomyślałem, że dla tej metody może to być zaletą. Postanowiłem przekonać do tego środowisko naukowe. I co się okazało? Że działa to nie trochę, ale sto razy lepiej!

PAP: Potwierdziły to eksperymenty…

M.W.: …ale nie od razu. Zaczęliśmy przeprowadzać różne testy, żeby udowodnić wyższość naszego rozwiązania nad innymi. Okazało się, że choć metoda pierwotna sprawdzała się tak sobie, to stała się wstępem do dalszego jej rozwijania. Zakończyło się wszystko sukcesem. Moi koledzy-naukowcy z innych grup badawczych byli nawet trochę źli na siebie, że na to nie wpadli, ale tak to jest z technologią. Wydaje się, że widzimy wszystkie te nowości, gadżety i myślimy, że wszystko jest już zrobione i wynalezione, a jest przecież cała masa rzeczy, które ktoś pominął.

PAP: Czy pana odkrycie znalazło zastosowanie w medycynie?

M.W.: Tak. W ponad stu placówkach medycznych w Polsce pomaga już w diagnostyce chorych. Głównie w okulistyce, ale również w kardiologii, bowiem tą metodą można zobrazować z dużą dokładnością pokaźny wycinek tkanki naczynia krwionośnego. Przydaje się to bardzo podczas zakładania stentów, czyli specjalnych sprężynek wzmacniających tętnice. Dzięki mojej metodzie możemy przyjrzeć się, czy złogi nie zatykają światła naczynia, a także sprawdzić, czy stent nie przebił jego ścianki.

PAP: Kardiologia to wiadomo - ratowanie życia, poważne, dobrze wyceniane procedury medyczne. A okulistyka? To chyba dziedzina przez wiele lat zaniedbywana.

M.W.: Rzeczywiście. Choć oko jest dla każdego z nas bardzo ważnym narządem, to rozwój technik wspomagających okulistykę był z jakiegoś powodu traktowany przez lata po macoszemu. W ostatnich latach to się zmienia. Pojawiają się nowe terapie, zarówno operacyjne, jak i farmakologiczne. Pojawiła się też potrzeba wyrafinowanej diagnostyki oka, potrzebnej do wdrożenia potem odpowiedniego leczenia. Są np. leki hamujące rozwój zdegenerowanych naczyń krwionośnych w oku. To przełom!

PAP: Jak reagowali pacjenci na pana wynalazek?

M.W.: Kontakt z chorymi dostarczył mi wielkiej satysfakcji. Jeszcze w czasach prób i testów przychodził do nas pacjent, a my za pomocą naszego urządzenia dokonywaliśmy analizy obrazu jego oczu. Lekarz od razu widział, co się złego dzieje z okiem. Pacjenci okazywali zainteresowanie tym, co robimy. Często nam dziękowali. Gdy dowiadywali się, że urządzenie jest wytworem naszych rąk, chwalili nas. To był wielki kop pozytywnej energii.

PAP: A wszystko zaczyna się w laboratorium…

M.W.: Prace laboratoryjne są bardzo męczące. To jak składanie modeli. Jeśli zostawisz coś „na jutro”, to następnego dnia będziesz miał wrażenie, że zrobiłeś kilka kroków w tył. Praca w laboratorium wymaga cierpliwości i wielkiej pasji.

PAP: Śledząc pana drogę naukową mam wrażenie, że pańskie dokonania są świetnym dowodem na to, że podróże kształcą.

M.W.: Niewiele bym osiągnął, gdyby nie moje doświadczenie międzynarodowe. Dużo dał mi wyjazd do Austrii. Wiedeń - to było jak zobaczyć nowy świat. Jestem lepszy w praktyce, niż w rozwiązaniach teoretycznych. Każdą wiedzę lepiej przyswajam w praktyce, a podczas stażu w Austrii miałem możliwość właśnie w ten sposób pracować. Przez rok pracowałem tam w laboratorium. Zrobiłem wielkie postępy. No i zacząłem się zastanawiać, co jest nie tak z naszym procesem dydaktycznym. A gdy wróciłem do Polski, pomyślałem, że warto spróbować zmienić strukturę organizacyjną, w której na co dzień pracuję jako młody naukowiec. Miałem wsparcie prof. dr hab. Andrzeja Kowalczyka, który miał podobne odczucia do moich. Braliśmy do laboratorium studentów, oni przychodzili, pomagali nam i uczyli się szybciej, niż z książek.

PAP: Jak jest dzisiaj?

M.W.: Po 10 latach mamy sprzęt i zespół, który wywołuje zazdrość u kolegów, którzy przyjeżdżają do nas. Również z Wiednia (śmiech). To jest zupełnie inny poziom niż dawniej. Dziś nie mamy etatów, utrzymujemy się wyłącznie z grantów. Mamy grupę ścisłych współpracowników, specjalizacje, mamy zaplecze. Osiągnęliśmy już ten poziom, w którym możemy zacząć myśleć o nowych projektach.

PAP: Możemy się spodziewać nowych wynalazków?

M.W.: Mamy już swoje plany. Chcę przejść od technik obrazowania i zacząć pracować nad podstawowymi problemami optyki. Mam nadzieję, że to, czym się zajmę, znajdzie zastosowanie np. w telekomunikacji.

PAP: Co jest dla pana największym sukcesem?

M.W.: Sukcesem dla mnie jest to, że powstała infrastruktura. Wydaje mi się, że w Polsce jest coraz lepszy klimat dla nauki i tworzenia nowej rzeczywistości. W nauce ciągle jest wiele niezbadanych ścieżek. Ich eksploracja wymaga wielkiego samozaparcia. To jest jak chodzenie po górach. Jeśli my już pójdziemy w te metaforyczne góry, przetrzemy szlak, to ktoś powinien z tego skorzystać. I może ruszą za nami całe „wycieczki autokarami”. Chciałbym, żeby nasze doświadczenia były zbierane i na ich bazie były zdobywane szczyty przez naszych następców. Ciągle jesteśmy w fazie przejściowej – coś budujemy. Musi w Polsce znaleźć się wielu ludzi, którzy także chcą budować. Nauka nie jest czymś niezbędnym do przeżycia, to jest coś ekskluzywnego. Wartość dodana do społeczeństwa. Mam jednak wrażenie, że społeczeństwo zaczyna zdawać sobie sprawę, że nauka jest potrzebna – aby ewoluować i iść dalej.

***

Dr hab. Maciej Wojtkowski zajmuje się optyką fizyczną oraz zastosowaniami optyki w medycynie. Główną tematyką badań naukowych prowadzonych przez dr. Wojtkowskiego jest tomografia optyczna z użyciem światła częściowo spójnego (ang. Optical Coherence Tomography, skr. OCT). Swoją pracą dr Wojtkowski wniósł znaczący wkład w rozwój metody spektralnej tomografii optycznej OCT (SOCT). Wraz z kolegami z Zespołu Fizyki Medycznej UMK w Toruniu skonstruował pierwsze na świecie urządzenie do przyżyciowego obrazowania siatkówki ludzkiej za pomocą tej techniki. W trakcie swojej kariery akademickiej Maciej Wojtkowski zdobywał doświadczenia w pracy laboratoryjnej pracując na wielu stażach naukowych na Uniwersytecie Wiedeńskim, Uniwersytecie Kent w Canterbury, Massachusetts Institute of Technology w USA i University of Western Australia, Perth, Australia. Obecnie kieruje Zespołem Optycznego Obrazowania Biomedycznego UMK w Toruniu.

Źródło: http://goo.gl/952vgF

czwartek, 28 listopada 2013

Twoje oczy mają pół miliarda lat

Wszystko zaczęło się od bakterii.
Według prof. Lamb, początki wzroku sięgają czasów kiedy to ziemia była zamieszkana jedynie przez "jednokomórkowe ameby", bakterie, glony i koralowce. Ogólne naukowcy twierdzą, że ludzkie oczy takie, jakie znamy teraz, mogły potrzebować ok 100 milionów lat, aby się w pełni rozwinąć.

Prof Lamb wyjaśnia, że w tym okresie, pojawiły się pierwsze światłoczułe substancje chemiczne, zwane opsynami. Dodaje, że opsyny były używane przez niektóre organizmy, w celu odróżnienia dnia od nocy.
Wyjaśnia, że organizmy posiadały już " kaskady sygnalizacyjne", które mogły wykrywać chemiczne substancje w ich środowisku i jednocześnie opsyny pozwalały im na zobaczenie światła. „Te zwierzęta były małe i nie miały układu nerwowego do przetwarzania sygnałów ze swoich czujników światła". Przegląd przedstawia, że przez następne 200 milionów lat, zdolność opsyn do wykrywania światła ewoluowała i stały się one bardziej wrażliwe, szybkie i niezawodne.

Nasze oczy mają 500 milionów lat.
Prof Lamb mówi, że około 500 milionów lat temu ludzkie oko zaczęło się rozwijać i dodaje: "Pierwsze prawdziwe oczy, składające się z kępek wykrywających światło komórek, zaczęły się pokazywać w kambrze, około 500 mln lat temu, co stanowiło ogromny krok w ewolucyjnym wyścigu zbrojeń."



Prof. Lamb posługuje się przykładem Anomalocaris, metrowej krewetki, drapieżnika morskiego, żyjącego w kambrze, określanego przez profesora jako „Szczęki”. Naukowcy uważają, że stwór miał oczy wielkości szklanych kulek (tych, stosowanych do gry w kulki), które używał do polowań na swoje ofiary i do nawigacji w morzu.

Uważa się także, że istota ta posiadała ponad 16.000 faset w każdym oku, zawierających "komórki widzenia". Profesor Lamb mówi: "Generują one lawinę informacji, znaną jako przepływ optyczny, od oczu, wzdłuż systemu nerwowego kreatury. To wszystko musi być przetwarzane, więc możemy zaobserwować szybki rozwój jego centralnego układu nerwowego, będącego w stanie poradzić sobie z takimi ogromnymi ilościami danych, stale dostarczanymi przez oczy i z innych narządów zmysłu, ze świata otaczającego te zwierzę. Po raz pierwszy zwierzęta zaczynają "widzieć" złożony krajobraz, który zamieszkują. Profesor zaznacza także, że w tym okresie pojawiły się minogi – bezszczękowce, będące częścią rodziny węgorzy. Ryby te posiadają oczy „camera-style”, bardzo podobne do ludzkich oczu. Dodaje, że minogi mogą być "bezpośrednimi przodkami" oka kręgowców i "z tego możemy wnioskować, że oko kręgowców ma już
co najmniej 500 milionów lat". "Mimo, że jego czujniki światła i systemy sygnalizacyjne są bardzo podobne do tych owadzich i innych bezkręgowców, jego układ optyczny ewoluował zupełnie niezależnie od oka owadziego w jego wielu fasetach"

Prof Lamb zauważa, że od ponad 500 mln lat temu, podstawowy plan oka kręgowców stał się bardziej uregulowany, stopniowo rozwijał się od ryb, płazów, gadów, ptaków, aż do nas. Prof Lamb stwierdza, że celem tego przeglądu jest zrozumienie, w jaki sposób ewoluowało ludzkie oko, żeby dowiedzieć się jak
mogą zmieniać się w przyszłości ludzkie fotoreceptory (inaczej: receptory światłoczułe).

Źródło: http://goo.gl/tpuJiT

środa, 27 listopada 2013

Jak widzi daltonista?

Wada swoją nazwę bierze od Johna Daltona, angielskiego fizyka i chemika, który w 1794 roku jako pierwszy ją opisał w książce „Niezwykłe fakty dotyczące widzenia barw”. Często osoby z wrodzonym daltonizmem nie zdają sobie sprawy z istnienia tej wady, ponieważ daltonizm na ogół nie łączy się z innymi wadami wzroku. Zwykle wykrywany jest przez okulistę w ramach badań kontrolnych. Badanie polega na pokazywaniu specjalnych kolorowych tablic pseudoizochromatycznych z barwnymi plamami, tworzącymi najczęściej cyfry lub rysunki. Zdrowa osoba przeczyta cyfrę poprawnie, natomiast daltonista błędnie. Do dokładniejszych badań używa się specjalnego przyrządu, anomaloskopu. Stwierdzenie daltonizmu oznacza niemożność wykonywania niektórych zawodów, jak np. kierowcy czy pilota, ale także chemików, farmaceutów, fotografików i drukarzy.

Istnieją różne odmiany daltonizmu. Większość daltonistów ma problem z rozróżnieniem tylko pewnych barw. Najczęściej daltoniści nie rozróżniają barwy zielonej lub mylą ją z czerwoną, dlatego wada ta bywa nazywana ślepotą na barwę czerwono - zieloną. Poza tym, zdarza się daltonizm na barwę czerwoną, rzadziej zieloną i jeszcze rzadziej niebieską. Niewidzenie barwy czerwonej nazywa się protanopią, niewidzenie barwy zielonej to deuteranopia, a tritanopia to niewidzenie barwy niebieskiej. To w jakim stopniu upośledzone jest widzenie barwy, jest kwestią bardzo indywidualną. Najrzadziej zdarza się, by daltonista nie widział
barw w ogóle, a jedynie skalę ich jasności.


Siatkówka oka jest światłoczuła, w stożkach siatkówki znajdują się trzy rodzaje światłoczułych pigmentów, które reagują na trzy podstawowe kolory światła, czyli czerwony, niebieski i zielony. Tak więc normalne widzenie jest kompozycją tych trzech barw. W wypadku daltonistów brak widzenia jednej z tych barw powoduje widzenie dwukolorowe, natomiast brak widzenia dwóch barw powoduje widzenie jednokolorowe.

Daltonizm znacznie częściej dotyczy mężczyzn niż kobiet. Niebieski oraz zielony i czerwony jest mylony z kolorem szarym przez około 1% mężczyzn i 0,02% kobiet. Szary jest mylony z czerwonym przez około 1% mężczyzn oraz 0,01 kobiet, natomiast z bladopurpurowym przez 5% mężczyzn i 4% kobiet. Najpowszechniej spotykane jest nierozróżnianie koloru czerwonego oraz zielonego, dotyczy to 8% mężczyzn. Daltoniści muszą jak najszybciej nauczyć się jak nie polegać na barwach, a korzystać z innych wskazówek. Daltonista powinien więc znacznie więcej uwagi przywiązywać do położenia, kształtu i wielkości, a przede wszystkim jaskrawości koloru przedmiotu. Warto wspomnieć, że daltonistom szczególnie odradza się pewne zachowania, jak np. picie alkoholu, palenie papierosów czy zażywanie narkotyków, ponieważ mogą one znacznie pogorszyć rozróżnianie barw.

Daltonizm wywołuje recesywny allel d, który leży na chromosomie X. Allel dominujący jest oznaczony jako D. Allel d występuje stosunkowo rzadko,daltonizm pojawia się u jednego na czterdzieści mężczyzn oraz u jednej na tysiąc sześćset kobiet. U mężczyzn pojawiają się dwa genotypy związane z daltonizmem XDY oraz XdY, w pierwszym wypadku mężczyzna rozróżnia kolory, z kolei w drugim jest daltonistą. U kobiet mogą pojawić się trzy kombinacje alleli, związanych z nieumiejętnością rozróżniania barwy zielonej i czerwonej,  XDXD, XDXd oraz XdXd. O ile kobieta ma dwa allele D, nie jest daltonistką oraz nie nosi genu odpowiedzialnego za daltonizm. Natomiast kobieta posiadająca dwa recesywne allele d jest daltonistką. Heterozygotyczna kobieta XDXd rozróżnia kolory, ale może przekazać gen daltonizmu dzieciom. Mężczyzna allel d może przekazać wyłącznie córkom, a synom chromosom Y. Daltonistka przekaże wadę synom, gdyż oba jej chromosomy X zawierają allel d. W przypadku córki, pojawienie się daltonizmu uzależnione jest od tego, czy ojciec jest daltonistą.


Źródło: http://goo.gl/lbx5tV

wtorek, 19 listopada 2013

Naukowcy radzą: wypędź dziecko na dwór, bo oślepnie

Coraz więcej dzieci ma wadę wzroku. Nie chodzi tylko o to, że trzeba nosić okulary. Jeśli wada wzroku pojawia się u kilkuletnich dzieci, to nawet gdy jest ona niewielka (tzw. niska miopia do -3,0 dioptrii), grozi tym, że w dorosłym wieku stanie się poważnym problemem. Wysoka krótkowzroczność (od -7 dioptrii w górę) stwarza ryzyko odwarstwienia się siatkówki, jaskry, rozwoju wczesnej zaćmy i w konsekwencji ślepoty.

Dramatycznie brzmią doniesienia z Azji. Na Tajwanie procent siedmiolatków, którzy cierpią na krótkowzroczność, wzrósł z niecałych 6 proc. w roku 1983 do 21 proc. w 2000 r. W wieku 15 lat już 80 proc. nastolatków nosi tam okulary. W USA jest tylko nieco lepiej. W latach 70. na miopię cierpiało 25 proc. ludzi, w 2009 roku - już 40 proc. W Polsce co trzeci, czwarty absolwent szkoły średniej jest dotknięty tą wadą.

Krótkowzroczność jest dziedziczna. Jeśli któreś z rodziców ma tę wadę wzroku, istnieje duże ryzyko, że i my będziemy ją mieli. Jednak pogarszanie się wzroku coraz większej liczby dzieci na całym świecie każe podejrzewać, że niemałą rolę odgrywa także środowisko, w jakim dorastają. Wiadomo, że czynnikami ryzyka są: częste czytanie, udział w sportach, oglądanie telewizji, niedożywienie, depresja. Jednak naukowcy twierdzą, że ich wpływ mimo wszystko wydaje się zbyt mały, by wywołać tak duży epidemiologiczny efekt.


Zatem, od czego dzieciom psuje się wzrok?

Od zbyt małej ilości czasu spędzanej na świeżym powietrzu - podejrzewają teraz badacze. W Australii - jak wynika z badań prof. Kathryn Rose, okulistki z uniwersytetu w Sydney - odsetek kilkuletnich dzieci z krótkowzrocznością wynosi ledwie 3 proc., ale maluchy na otwartej przestrzeni spędzają średnio prawie 14 godz. tygodniowo. W Singapurze zaś w ciągu tygodnia wychodzą na dwór tylko na... 3 godz.

Uczona podejrzewa, że to skutek różnic kulturowych w podejściu do edukacji. Azjaci wcześnie zasadzają dzieci do nauki pisania i czytania, zanim jeszcze pójdą do szkoły, co oczywiście skraca ich czas biegania po podwórku. W rezultacie zamiast bawić się w ogródku, siedzą przed biurkiem. Tymczasem australijskie kilkulatki, zanim osiągną wiek szkolny, idą do przedszkola, gdzie kładzie się nacisk na rozwój społeczny i ruchowy dziecka.

Z badań Brytyjczyków z uniwersytetu w Cambridge (Wielka Brytania) wynika, że każda godzina spędzona na zewnątrz w ciągu tygodnia zmniejsza ryzyko rozwoju krótkowzroczności u dziecka o 2 proc. I tylko nie do końca wiadomo, dlaczego tak się dzieje.

Jedna z hipotez zakłada, że na otwartej przestrzeni dzieci częściej koncentrują wzrok na odległych obiektach. W domu zaś zasięg widzenia ograniczają cztery ściany, wzrok skupia się na podsuniętej pod nos książce, ekranie, zabawce.

Przebywanie pod dachem, co dziś wydaje nam się normalne, nie jest wcale dla człowieka naturalne. Setki tysięcy lat rozwijaliśmy się na otwartej przestrzeni. Jeśli dzieci rzeczywiście tracą wzrok od wlepiania oczu w bliskie przedmioty, np. książki, to stajemy przed dylematem trudnym do rozwiązania. Jak prowadzić edukację szkolną, jak uczyć czytania i pisania?


Źródło: http://goo.gl/02wOfY


środa, 6 listopada 2013

Ortosoczewki - czyli nocne "szkła kontaktowe"

Ortosoczewki to specjalny rodzaj soczewek, które zakładane są tuż przed snem i działają, kiedy śpimy. Rano, po przebudzeniu, ściągamy je z oczu, zyskując ostre widzenie przez cały dzień bez konieczności noszenia soczewek. Dzięki swej zaawansowanej konstrukcji, pozwalają na modelowanie kształtu rogówki, co z kolei pozwala na uzyskanie ostrego i wyraźnego widzenia po ich zdjęciu. Soczewki te działają na rogówkę, modyfikując jej kształt w taki sposób, że światło padające na siatkówkę zostaje zogniskowane, tak jak w oku pozbawionym wady - tłumaczy dr n.med. Artur Pasternak, z Centrum Okulistyczno Optycznego Twoje Oczy w Sosnowcu. 


Używanie ortosoczewek, w przeciwieństwie do operacji oczu, "leczy" wzrok tylko na jakiś czas. W pierwszych tygodniach stosowania soczewek konieczne jest nakładanie ich każdej nocy, po tym czasie wystarczy zakładać je co 2 - 3 noc. Jest to metoda odwracalna, co oznacza, że po zaprzestaniu spania w soczewkach powracamy do pierwotnego kształtu naszej rogówki. Ten niechirurgiczny sposób korekcji zyskuje coraz więcej zwolenników - wyjaśnia Artur Pasternak. Osoby, które obawiają się laserowej korekcji wady wzroku, to jedna z grup klientów, do których adresowany jest ten nowoczesny produkt. 

Kto jeszcze powinien zastanowić się nad zastosowaniem ortosoczewek? Ortosoczewki stosowane są zarówno u dzieci, jak i osób dorosłych z krótkowzrocznością do -4,5 dioptrii i astygmatyzmem do 1,5 dioptrii. Chętnie używane są przez osoby aktywne, uprawiające różne dyscypliny sportowe, a także przez osoby wykonujące zawody, w których noszenie soczewek kontaktowych czy okularów jest przeciwwskazane (np. strażacy, górnicy, hutnicy). Ortosoczewki dają pełną swobodę w życiu codziennym także osobom, które nie akceptują się w okularach, bądź nie mają czasu i chęci do zabawy z soczewkami konwencjonalnymi w ciągu dnia. Wskazane są też dla osób, które ze względów higienicznych nie mają możliwości zakładania tradycyjnych soczewek - wyjaśnia okulista.

Ortosoczewki działają modelując rogówkę, dzięki czemu zyskujemy ostre widzenie na kilkanaście godzin. Część osób obawia się, że zakładanie ich na noc może mieć negatywny wpływ na oczy. Czy słusznie? Ortosoczewki wykonane są z materiałów gazoprzepuszczalnych, które zapewniają odpowiedni dostęp tlenu dla naszych rogówek. Wysoka jakość wykonania zapewnia odpowiednie bezpieczeństwo ich stosowania. Soczewki te mogą być aplikowane tylko w specjalistycznych ośrodkach, zajmujących się ortokorekcją mówi dr n.med. Artur Pasternak.

W przeciwieństwie do szkieł kontaktowych, ortosoczewek nie możemy po prostu kupić w "optyku", podając wadę wzroku. Dobór odpowiednich nocnych szkieł to skomplikowana procedura. - W specjalistycznym ośrodku, lekarz dokonuje badania oczu w biomikroskopie, ocenia stan narządu wzroku i jakość filmu łzowego, wykonuje komputerową mapę rogówki oraz określa wadę refrakcji. W oparciu o te badania projektowane są ortosoczewki, które następnie są indywidualnie wykonywane dla każdego pacjenta, tak jak dobrze skrojony garnitur na miarę. Po paru przespanych w ortosoczewkach nocach specjalista ocenia bezpieczeństwo i stopień dopasowania soczewek. Właściwe dopasowanie ortosoczewek oraz prawidłowa pielęgnacja i regularne kontrole u specjalisty zapewnią bezpieczeństwo ich stosowania.

Pacjenci, którzy stosują się do zaleceń okulisty, mogą bez obaw przez lata korzystać ze swobodnego ostrego widzenia, jakie daje im możliwość stosowania ortosoczewek - zapewnia okulista. Z pewnością wadą tego rozwiązania jest jego cena. Około 1,5 - 2 tys. zł za parę szkieł, które powinny wystarczyć na około 2 lata. Jednorazowy wydatek spory - jednak gdy porównamy go z wydatkami na "tradycyjne" szkła kontaktowe, jakie trzeba ponieść w tym samym czasie, cena przestaje być aż tak wysoka. Warto więc przemyśleć wszystkie za i przeciw, i wybrać sposób korekcji wzroku, który najbardziej nam odpowiada.


Zobaczcie filmik:




Źródło: http://goo.gl/vmnDMF http://goo.gl/aOsY9h